Archiwum dla Listopad, 2013

3b1773a613a008985855d9599c7c489cJak powinna wyglądać dobra biografia? To pytanie zawsze sobie w głębi duszy zadawałem. W moim krótkim życiu zdążyłem już przeczytać kilka z nich, jednak żadna z nich mnie nie porwała tak jak ta. Brakowało im tego magicznego elementu, pewnego faktora, który by powodował, że chcemy więcej i więcej. Znacie to uczucie co nie?

Większość biografii była zbyt często tłumaczona deska w deskę. Tutaj autor się wysilił i starał się przetłumaczyć według własnego uznania, dodatkowo umieszczając oryginalny tekst.

Książkę w mojej opinii czyta się świetnie. Jest to pozycja nie tylko dla fanów Nirvany, ale i osób, które lubią dramaty rodzinne, książki obyczajowe lub po prostu chcą przeczytać historię pospolitego ćpuna. Jest to tragedia głównego bohatera, który w szybkim tempie zdobył sławę, ale nie potrafił nad nią zapanować. Przypomina mi to trochę historie graczy Toto-Lotto, którzy zdobywają wielkie pieniądze i tracą po roku, dodatkowo się zadłużając. Nie inaczej jest w tym przypadku. Tymże tutaj wartość jest o wiele cenniejsza. Jest nią charakter człowieka, sposób w jaki przyswajamy sobie pochwały. Dążył on za wszelką cenę, by być sławnym, aby potem, tę sławę znienawidzić.

Zamierzał on wydać album pod tytułem: „I Hate Myself and I Want to Die”, jednak szefostwo wytwórni płytowej się na taką propozycję nie zgodziło. Ostatecznie tytuł albumu nosi nazwę „In Utero”. Takie smaczki z życia muzyka napotykamy w książce na każdym kroku.

Jak to w biografii bywa, na początku poznajemy historię dzieciństwa. Muszę przyznać, że początek był na prawdę nudny. Młodość błękitnookiego chłopca jest długa, ale pozwala ona lepiej zrozumieć motywy głównego bohatera w przyszłości. Czytając książkę, ciągle się zastanawiałem, jak potoczyła by się historia, gdyby nie pewne zbiegi okoliczności. Jak wyglądała by muzyka rockowa dzisiaj? Bo jednak trzeba przyznać, że Nirvana miała ogromny wpływ na to jak wygląda obecnie rynek muzyczny.

Znajdziemy tu również inspiracje artysty, fragmenty pamiętników, związki bohatera, oraz co miało wpływ na kształt tekstu piosenek zespołu m. in. wielkiego hitu „Smells Like Teen Spirit”.

artpopcoverZacznijmy od tego, że Lady Gaga jest dziwna… wyróżnia się na scenie od reszty artystów, ubiera wymyślne stroje, ale za to zawsze w miarę normalnie śpiewała. Jej albumy w jakiś sposób były melodyjne. Potrafiła trafić ze swym głosem do słuchaczy. Wiele osób zna jej piosenki. Kto nie zna Poker Face, niech pierwszy rzuci kamieniem! Nie da się przejść obok jej muzyki obojętnie. Zaczynała grając w klubie i coverując piosenki Led Zeppelin, kończąc jako aktualna diva muzyki pop.

Już sama okładka albumu daje wiele do życzenia. Na pierwszy rzut oka, wygląda jak jakiś projekt początkującego grafika do szkoły. W tle widać pocięty obraz Boticelliego przeplatany z czarno białym wzorkiem i wizerunkiem artystki na przedzie, która trzyma niebieską kulę między nogami. Nie wiem co brał twórca, ale ja też chcę trochę! Kolory, czcionka, sposób w jaki to wszystko zostało wycięte… to wszystko się ze sobą w mojej opinii gryzie. I w tym tkwi magia moi drodzy. Cytując Hamleta: „W tym szaleństwie jest metoda!”

Okładka albumu świetnie oddaję to co znajdziemy na albumie. Utwory są dokładnie tak samo dziwne jak wyżej wymieniona okładka. Słychać na płycie, że Lady Gaga jest w swoim żywiole. Spokojnie można ten twór dodać do kategorii: „eksperyment – słuchasz na własną odpowiedzialność”. Na albumie są kawałki absurdalne, takie jak „Jewels N’Drugs” lub „Swine”, wolne  i wpadające w ucho „Fashion!”, „Gypsy” oraz moi faworyci „Applause” oraz „MANiCURE”.

Na początku jesteśmy powitani kawałkiem „Aura”. W tle słychać gitarę, która raczej kojarzy mi się z dzikim zachodem, aniżeli wielką sceną i milionową widownią. Skutecznie przechodzi on w elektroniczne brzmienia i już wtedy wiemy, że to będzie album wyjątkowy. Artystka skutecznie skaczę między szwedzkim popem, a elektronicznymi rytmami dodając element instrumentów akustycznych. Utwory zaczynają się cicho, by zaraz uderzyć i znów wrócić do stanu wyjściowego.

Można ten album kochać, albo nienawidzić. Osobiście mi się on podoba. Ma swoistego kopa i skutecznie potrafi pobudzić do życia podczas sennego poniedziałkowego poranka :)

Nie jestem im przeciwny. Sam często odtwarzam czyjeś piosenki., lecz jednak jest mała różnica, czy się gra dany utwór nutka w nutkę, czy stara się dodać coś od siebie.

Zauważyłem ostatnimi czasy pewne trendy. Nagle artysta ma swoje 5 min. Wszyscy słuchają jednej piosenki. Wszędzie ją słychać, w radiu, w telewizji. Po czym nagle wszyscy się nią nudzą i odchodzi w zapomnienie dopóki nie wyda nowego albumu/nowego przeboju. Jak to Andy Warhol kiedyś trafnie powiedział „W przyszłości, każdy będzie sławny przez 15 min.”. Z trendów, które pierwsze mi przychodzą na myśl, wcale nie jest rock/metal. Głównie to zauważa się w muzyce popularnej. Jakieś pół roku temu był modny kawałek Get Lucky, oraz Blurred Lines. Aktualnie zauważam rosnącą sławę LORDE – Royals. Nie mówię, że to źle, tylko bardziej irytuje mnie fakt, że większość coverów jest taka sama.

Dochodzę do takiego wniosku, że aktualnie młodzież świetnie potrafi odtwarzać muzykę, ale nie tworzyć. Posiadają niesamowite zdolności w graniu na gitarze, perkusji, basie, syntezatorze, ale nie potrafią tego wyrazić na swój własny sposób. Nie rozumiem tego, że cover ma 13 milionów wyświetleń, a własna kompozycja nie dobija nawet tysiąca. Jest to co prawda spowodowane nazwą, marką, brandem i wizerunkiem artysty, ale smuci mnie fakt, że tak słabo się wspiera nowych artystów.

Pieniądz rządzi światem. Zawsze tak było i zawsze tak będzie. Jedyną opcją by wyjść z ukrycia i otworzyć się na świat ze swoją muzyką jest granie w okolicznych pubach z nadzieją, że ktoś nas dostrzeże z wytwórni muzycznej i postanowi się nami zaopiekować. Jeżeli będziemy mieli to szczęście to zaczyna się etap zmian. Będziemy mieli narzucany przez wytwórnie styl, co mamy grać, gdzie mamy grać i jak mamy grać. Kontrakt z wytwórnią jest jak cyrograf. Osiągamy sukces, w zamian za oddanie swojej duszy. Ale czy ludzie to zaakceptują? Oni nie są głupi…

Nazwa zespołu jest jak marka. Kiedyś była tylko wizytówką. Aktualnie jest produktem, który można z łatwością sprzedać i czerpać zyski ze sprzedanych płyt i biletów na koncerty.